Matt Elliott: majowy bard [17.05.18]

Miał to być mały, kameralny koncert, jednego, deszczowego, majowego wieczoru. Całkiem niepokorny. I istotnie tak było – publiczność liczyła sobie w porywach do 50 osób.

Miał to być mały, kameralny koncert, jednego, deszczowego, majowego wieczoru. Całkiem niepokorny. I istotnie tak było - publiczność liczyła sobie w porywach do 50 osób. Było spokojnie. Ja, skupiona brzy barze, bez większego pośpiechu, sączączyłam czeskiego lagera na zmianę z angielskim ginem. Było stosunkowo spokojnie do momentu, w którym gitara akustyczna i głos barda z Bristolu umieściły moje wówczas wiotkie już od wypitego alkoholu ciało w cieplej bryle, gdzie emocje mogły się rozczepić na setki atomów i bajdurzyć ze sobą o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Być może to spostrześenie wydawałoby się być w pełni subiektywnym, ale kiedy podczas tego wydarzenia...