Autorski niecodziennik muzyczny

Ben Frost i Einstürzende Neubauten: australijsko-niemiecki armagedon [13.10.17]

Cóż to było za wydarzenie! Pełna kulminacja tegorocznego Unsound Festival, bowiem szóstego dnia tego festiwalu, ja oraz wielonarodowa (jak się okazało) publiczność miała przyjemność bycia świadkiem elektroniczno-industrialnego wydarzenia.

Wszystko odbyło się nigdzie indziej jak nie na mojej ulubionej, krakowskiej Nowej Hucie. Wahałam się, co do tego koncertu w związku z funduszami oraz czasem, który mogłam poświęcić na to muzyczne doświadczenie. Wahałam się pomiędzy warszawskim koncertem Slowdive, ale jednak pragnienie zobaczenia oraz usłyszenia na żywo Blixy Bargelda z ekipą wygrało. I jak się okazało, całkiem słusznie.

Pierwsze jakiekolwiek odczucia na temat koncertu pojawiły się w momencie, kiedy wsiadłam do tramwaju aby przemierzyć prawie całe miasto i dotrzeć do Teatru Łaźnia Nowa. Wielonarodowo-kulturowa rozbieżność osób, które wysiadły z tramwaju i zaczęły kierować się w stronę Teatru, wprowadziła mnie w lekkie osłupienie.

Na miejscu także nie brakowało Niemców, Hiszpanów, Portugalczyków, Anglików, itp. Ten fakt zasmucił mnie poniekąd, gdyż stanowili oni większość publiczności, a co z naszą polską młodzieżą? Jak sądzę nie do końca moi rówieśnicy gustują w muzyce, która pewnie przez niektórych z nich jest odbierana jako nieco vintage (żeby kolokwialnie nie nazwać jej starą). Na ten temat można pisać felietony, a nawet książki, ale problem chyba zawsze pozostanie. Istotnie, dla mnie jest to duży problem. I smutek także.

Przed występem Einstürzende Neubauten, publiczności szeroko zaprezentował się Australijczyk, Ben Frost, który na co dzień stacjonuje na magicznej Islandii. Z jego twórczością zapoznawałam się jeszcze miesiąc przed festiwalem i powiem, że moje oczekiwania względem tego, co słyszałam na płytach zostały spełnione, a nawet podbudowane. Na jego najnowszym albumie Threshold of Faith, trwającym niecałe 30 minut, potrafił zanudzić słuchacza w niektórych momentach minimalistycznym i lekko patetycznym brzmieniem muzyki elektronicznej, którą reprezentuje Frost.

Pomimo to, sam koncert dał radę w 100% – hipnotyczna zasłona-folia, która została rozwieszona za plecami Australijczyka na to wystąpienie, w sposób bliski magii odbijała światło, które przypominało unoszący się w powietrzu dym. Muszę powiedzieć, że ten trick zrobił połowę roboty. Drugą połowę, na elektronicznym półmisku, zaserwowała nam sama postać Bena Frosta i jego muzyki. Zatykające uszy, głośne sprzężenia wprowadziły całą publikę do podmorskiej Atlantydy. Uginające się na suficie światła reflektorów wchodziły w magnetyczną symbiozę z przesterami, jakie unosiły się w powietrzu. Taka właśnie atmosfera unosiła się przez okrągłą godzinę trwania całęgo setu. Była to magiczna godzina spędzona w elektronicznej Atlantydzie.

Po niecałych 20 minutach przerwy między jednym a drugim koncertem, w końcu za scenę wyszli panowie z Einstürzende Neubauten. Intensywną dawkę czystej formy muzyki industrialnej zaprezentowali już w pierwszym utworze The Garden. Osiągnęłam spełnienie muzyczne już po wysłuchaniu tego pierwszego utworu, a przede mną pozostawały jeszcze niecałe dwie godziny, w których Niemcy zagrali swoje kompozycje, cieszące się największą popularnością. Nie zabrakło utworów takich jak: Dead Friends (Around the Corner), głośnego Let’s Do It a Da Da, Total Eclipse of the Sun, How Did I Die?, wprowadzającego w osłupienie Silence Is Sexy, czy przeuroczej w wykonaniu na żywo Salamandriny.

Postura lidera Blixy Bargelda, w jakiś mimowolny sposób przypominała mi osobę jego dobrego przyjaciela Nicka Cave’a. Blixa ubrany w grafitowy błyszczący garnitur, na pierwszy rzut oka wyglądający zniewalająco i elegancko, przerywał tę wizję oblędnym krzykiem szaleńca, który uzupełniało mechaniczne instrumentarium Einstürzende Neubauten. Sam wygląd wspomnianego instrumentarium był zaskakujący. Różne kształty i formy instrumentów, które nie do końca są instrumentami w życiu codziennym, zadziwiały swoim dźwiękiem i użytecznością. Na tym pułapie Einstürzende Neubauten nie ustępują nikomu. Nie ma sensu strzępić zbędnych słów, aby opisać to na czym grają Niemcy, trzeba to po prostu zobaczyć, a najlepiej przeżyć na żywo ten industrialny armagedon.

Przez cały, bodajże ponad dwugodzinny koncert, wspomniany armagedon wpędzał publikę w skrajne uczucia – czasami strachu przed metalicznym dźwiękiem, czasami podziwu dla zgrania i wizerunku całej grupy. Czasami wywoływał na twarzy uśmiech od ucha do ucha, kiedy lider zespołu ze swoją konferansjerską smykałką dosłownie zagadywał publikę (próbując nawet to zrobić w swoim rodzimym języku niemieckim).

To właśnie dla tych elementów warto było wytrwać te bite trzy godziny stania w jednym miejscu pod sceną. No i może jeszcze dla tego podwójnego bisu, który utwierdził każdego obecnego na tym koncercie w swoim uwielbieniu dla Walących się nowych budynków.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.