Matt Elliott: majowy bard [17.05.18]

Miał to być mały, kameralny koncert, jednego, deszczowego, majowego wieczoru. Całkiem niepokorny. I istotnie tak było – publiczność liczyła sobie w porywach do 50 osób.

Było spokojnie. Ja, skupiona brzy barze, bez większego pośpiechu, sączączyłam czeskiego lagera na zmianę z angielskim ginem. Było stosunkowo spokojnie do momentu, w którym gitara akustyczna i głos barda z Bristolu umieściły moje wówczas wiotkie już od wypitego alkoholu ciało w cieplej bryle, gdzie emocje mogły się rozczepić na setki atomów i bajdurzyć ze sobą o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Być może to spostrześenie wydawałoby się być w pełni subiektywnym, ale kiedy podczas tego wydarzenia byłam w stanie wrócić myślami na stały grunt, obserwując innych uczestników wydarzenia, dostałam naglącego wrażenia, że wskutek muzyki, jaka niosła się po ścianach klubu Piękny Pies na krakowskim Kazimierzu, oni także trafili do podobnego świata. Jednak zacznę od samego początku.

Koncert otworzył młody i jeszcze bardziej niepokorny Kuba Duda, który od pierwszych dźwięków, płynących z jego gitary elektrycznej, pozwolił a nawet zaprosił do wszechogarniającego rozpuszczania się tkanek miękkich nad tymi iście bajecznymi motywami gitarowymi. Już wtedy rachuba czasu nie miała dla mnie większego znaczenia, bowiem nie miałam bladego pojęcia, ile trwał jego set, i ile mógł wtedy zagrać utworów. Summa summarum, jego instrumentalne popisy przywiodły mi na myśl zawodzące brzmienie gitary, jakie znam najlepiej ze ścieżki dźwiękowej serialu Twin Peaks. Bardzo banalne skojarzenie, aczkolwiek znakomicie oddające barową, duszną atmosferę, jaka wywiązała się tamtego wieczoru. Dla mnie, gitara Kuby Dudy – było to pomieszanie z poplątaniem Twin Peaks, zawieszonego gdzieś w anielskich, pastelowych chmurach – bluesujące zagrywki, lekko załamywane hipnotyzującymi, shoegazingowymi motywami.

Te instrumentalne parady zostały spięte mocną klamrą przez powtarzający się na samym końcu danego utworu, powodujący stłumione echo, przester. Ilustrował swoją muzyką, wyświetlane za jego plecami z rzutnika obrazy wszelakie – począwszy od afroamerykańskiej społeczności lat 70. do Jezusa z Rio. Idealnie się to zgrywało!

Już podczas tego niedługiego, może pół godzinnego występu, całkowicie opuściłam swoje ciało żeby pochłonąć to na, co tak naprawdę czekałam od dłuższego momentu. Kuba Duda został nagrodzony lekko ospałymi brawami, które gromko grzmiały przez dłuższą chwilę. Czytelniku, jeżeli jesteś zainteresowany choć odrobiną tego, co Kuba ma w zanadrzu i co oferuje jego muzyka, to mogę Cie tylko odesłać do jego Bandcampa oraz polecić przesłuchanie paru propozycji zespołu Dym, którego Kuba jest członkiem.

A potem nagle za moimi plecami, z gitarą akustyczną w ręku stanął Matt Elliott. I wydawało mi się, jakby był jakiś nieswój, lekko speszony, sceptycznie nastawiony do swojego setu i tego, co mieliśmy potem usłyszeć. Zestresowany już na scenie klubu Piękny Pies, co lekko wprowadziło mnie w osłupienie, oznajmił wszem i wobec, że ma lekką tremę, która dodatkowo wzrosła po bardzo udanym secie Kuby. Chyba lekko kokietował publiczność, bo zaczął jak dla mnie wręcz wybuchowo. Już jego głos zadziałał niczym antidotum na silną truciznę. Aksamitny i zarówno głęboki głos Brytyjczyka przy kaskadowo rosnącym akompaniamencie gitary i nakładających się na siebie głosów Matta, rozbijał wszelkie niepewności, w które wpędził jako słuchacza i uczestnika koncertu artysta.

Już od pierwszego utworu wiedziałam, że nie będzie to żadne przypadkowe spotkanie z jego muzyką, ponieważ to, co oddawał słuchaczowi na tym koncercie Matt, ile wlewał w swoje zabarwione ułamkiem noir kompozycje, potwierdzało tylko że nie przypadkiem dostąpił dostojnej funkcji barda. A reszta koncertu była tylko potwierdzeniem tej teorii.

Reszta jest istotnie nieopisywalna, bo to co może wywołać na słuchaczu muzyk z równie podobnymi zdolnościami wokalnymi, gitarą akustyczną i paroma przesterami, w każdych słowach zawsze zabrzmi zbyt płasko, powierzchownie.

Utworem, który wybitnie zapadł mi w pamięć, był cover I Put a Spell on You – prawie wyrecytowana fraza I put a spell on you, because you’re mine zrobiła na mnie największe tego wieczoru, i być może to właśnie ona doprowadziła do łez, które jakoś same się cisnęły.

Chciałam żeby ten krótki opis pozostał tylko szkicem, pochodzącym z mojej głowy, który krystalizował się podczas koncertu. Chciałam żeby każde zdanie, które powstało jako zamysł, mogło zabrzmieć w tej samej pierwotnej formie na łamach Tranzytu. Nie wykonałam ani jednej fotografii na tym koncercie. Przerastała mnie myśl, że mogę naruszyć pewnego rodzaju świętość, jaka narodziła się dla mnie i innych uczestników tego wieczoru, stąd brak właściwego zdjęcia z koncertu pod tytułem recenzji. Za co poniekąd mogę czuć się winna, ale mam nadzieję że po tym opisie zostanę trochę usprawiedliwiona.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.