Swans: ostatni śpiew łabędzi [06.08.17]

Dopiero po ponad tygodniu mogę snuć przemyślenia na temat koncertu Swans, który zamykał tegoroczny OFF Festival. Eksperymentalna miazga. Panowie z piekieł, na czele z ich dowódcą Michaelem Girą, dali upust naszym oczekiwaniom, i przez prawie 2,5 godziny igrali z podświadomością niczym średniowieczni alchemicy.

Będąc poniekąd cząstką tego wydarzenia, stale zadawałam sobie pytanie, kim dla muzyki są Swansi i Michael Gira? Czy to tylko mieszanka piorunującego hałasu, który tak na dobrą sprawę ma niewiele do czynienia z geniuszem? Czy Swansi to może fantastyczni instrumentaliści, którzy wiedzą jak oddziaływać na ludzkie ucho? I jak zwykle uważam (albo powiem jak Anglicy, wierzę), że prawda leży gdzieś pomiędzy.

Panowie już od pierwszych minut sterroryzowali widownię dźwiękiem, ale pierwsze oklaski pojawiły się po niecałej godzinie. Czułam się wryta w glebę i sądzę, że osoby dookoła mnie miały podobne odczucia. Chociaż faktycznie był to już mój czwarty festiwalowy dzień (wliczając mniejsze i większe szaleństwa na Woodstocku), była pierwsza w nocy, a ja byłam na Red Bullu mocno niewyspana, to pomimo tego moje wszystkie zmysły skupiały się na tym, co działo się na scenie.

A działo się wiele. Od pierwszych minut zachwycałam się komunikacją, jaką wytworzyli ze sobą co niektórzy muzycy zespołu – wydawali się być skupieni na swojej robocie, pod pełną kontrolą, to jednak uśmiechy z nie schodziły im z twarzy. Inaczej było z Michaelem Girą. On, dowódca dawał znaki wszelkimi członkami swojego ciała niczym indiański szaman, gdzie zagrać mocniej, gdzie pozostać w tle. I oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że to wyćwiczona poza lidera Łabędzi, jednak przyjemnie było patrzeć na jego dramatyczne ruchy.

Na to przedstawienie patrzyło się z szeroko otwartymi oczami i nie mniej zamkniętymi bębenkami usznymi, żeby wyłapać każdą niesamowicie głośną wibrację, jaka biła spod instrumentów tych 6 stonowanych panów. Wydawali się być progresywnymi bogami niczym Keith Emerson czy Robert Fripp 40 lat temu. Niesamowite uczucie industrialnego mocnego uderzenia połączone z ich aparycją unosiło się i mieszało w powietrzu do samego końca koncertu, a trwał on do 2:30 (OFFowa rozpiska wskazywała zakończenie tego przedstawienia na 2:50; oj odbili sobie panowie te 20 minut, odbili).

Oprócz tej niewielkiej ilości utworów, jakie zdecydowali się zaprezentować, a było ich z raptem 6, czułam się nasycona, ale nie przesycona ich twórczością, jak to bywa na koncertach wielu artystów. Zagrany The Glowing Man rozwiał wszystkie wątpliwości i fizyczne zmęczenie, które dosięgnęło mnie podczas koncertu.

Były też dwa dodatkowe akcenty, które wyjątkowo zapadły w mi pamięć. 1. CHOLERNE NIEDZIAŁAJĄCE WZMACNIACZE. 2. OFFowa publiczność i ich oklaski na koniec. O ile sytuacja ze wzmacniaczami była dosyć humorystyczna dla publiczności, Christopha Hahna owa sprawa wyprowadziła z równowagi. Następna rzecz – OFFowa publiczność. Zadziwiła mnie. Szczerze. Te dwudziestominutowe oklaski po koncercie były rzeczą kompletnie niecodzienną. Nie wiem, czy ludzie mieli zaburzenia związane z długością wykonywania jakichkolwiek czynności po odbyciu tego 2,5-godzinowego koncertu, czy tak bardzo sama muzyka zwaliła ich z nóg, czy był to po prostu hołd dla Swans. I znowu pokuszę się o stwierdzenie, że pewnie było to wszystko po trochu.

Oj chciałoby się jeszcze raz to przeżyć pomimo niewyspania, odgniecionych stóp i godzinnego czekania na Łabędzi pod samą sceną. Jednak jeżeli był to ich ostatni koncert, to został on odegrany w sposób o jakim wielu muzyków może sobie tylko pomarzyć.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.