Autorski niecodziennik muzyczny

Nadwyżki jeszcze wrześniowe

Na świecie panują tendencje, które w zdecydowanej większości opierają się na „uwewnętrznianu uczuć” w muzyce – wszystko to, co wysoko emocjonalne ukryte jest w formie tekstu. Najczęściej ówcześniej dobitnie przeżytego, przeżutego, niemal zawsze inspirującego się doznaniami i doświadczeniami życia artysty komponującego dany utwór.

GRM · 2022

Podobnie zresztą jest w przypadku komercjalnej supernowy ostatnich lat, 27-letniej Brytyjki, Dua Lipy, skupiającej się na odczuwaniu przeżyć przy pomocy tekstu i anturażu wizerunkowego, który ma kojarzyć się w określony sposób, aniżeli przy pomocy samej materii muzycznej. Odwrotnie wygląda to z perspektywy 28-letniej Amerykanki, Kali Malone, której credo polega na „uzewnętrznianiu uczuć” – wyciąganiu ich przed przy użyciu samego instrumentarium. Mrocznego, dronowego, ale zawsze także niepokojąco błogiego.

Nieprzypadkowo zderzyłam w jednym paragrafie nazwiska obu artystek. Chociaż różni je zapewne wszystko, łączą jedynie podobny wiek, język i otoczenie, w jakim dorastały, mają jednak to „coś” wspólnego. Do tej pory nie wiem. Być może to ich mimo wszystko podobna fizjonomia – w przypadku tej pierwszej bardziej kontrolowana, wystylizowana i zamierzona, natomiast jeżeli rozchodzi się o tę drugą, wypadająca jako naturalna i bliżej nieokreślona, słowem nie na pokaz. Być może to ten sam „błysk w oku”, który powiódł obie na szczyty i pomógł stać się bezkonkurencyjnym w swoich kategoriach.

Dua Lipa jest w końcu – słusznie bądź nie – głosem młodej generacji. Nie oceniając, w żadnym razie nie umniejszając jej talentu, odważnie przyrównywanego poziomem do Cher. Jakiś już czas temu udzieliła wywiadu, w którym mówiła o wyzwoleniu, jakie przynosi jej pisanie piosenek. Niniejszym zapowiedziała też swój najnowszy album, który na chwilę obecną pozostaje „ukończony w 50%”. Z kolei ukończonym w co najmniej 120% jest wydany w lipcu album Living Torch, którego dopuściła się mulitiinstrumentalistka Kali Malone. Prześcignęła samą siebie. Znowu.

Jakiś też już czas temu ujrzeć miała światło dzienne niniejsza recenzja, jednak i dosłownie i w przenośni pochłonęła mnie wokalna muzyka średniowieczna, którą obecnie poznaję i zgłębiam, a recenzję odłożyłam na przysłowiowe potem. Samej Kali Malone nie było łatwo wydać kolejnej, naprawdę dobrej w swoim dorobku płyty. Jako młoda kompozytorka została już komercyjnie i artystycznie docieniona, jednak przecież to nie koniec wyzwań. Po The Sacrifical Code (2019) w teorii ciężko byłoby dodać cokolwiek więcej w temacie minimalistycznych eksperymentów autorstwa Malone skupionych jedynie wokół organów piszczałkowych, które spodobały się do tego stopnia, że artystka zaproszona została do odbycia sesji nagraniowych w renomowanym studiu GRM, instytucji na co dzień powiązanej z muzyką konkretną i awangardową. W 2022
roku zdecydowała się opuścić sfrefę komfortu. Porzuciła organy na rzecz syntezatora, wyposażyła się w instrumenty dęte. Płytę nagrała. Nadzwyczaj bardzo dobrą. Znowu.

Równie misternej co mistycznej średniowiecznej polifonii nie tak daleko do polifonii wypełniających rzeczony, najnowszy, ubiegłoroczny album zatytułowany Living Torch jaki – w odróżnieniu do kompozycji średniowiecznych – nieco grzeszy, gdyż trytonów nie lubi się wystrzegać. I chociaż minimalistyczna w swoim wymiarze, świszcząca, nie lubi wystrzegać się także przypadkowości. Tym razem całość zamknęła się w niecałych czterdziestu, treściwych minutach. To też należy do pewnego rodzaju zaskoczeń, bo Kali w niedalekiej przeszłości (przypadek wspomnianego The Sacrifical Code) swoje pomysły potrafiła rozciągnąć nawet i do dwóch godzin.

Living Torch elektryzuje. Płytę wypełniają tak naprawdę dwie kompozycje. Pierwsza część z nich w większej mierze oscyluje wokół tego, do czego zdążyła przyzwyczaić Amerykanka ulokowana od lat kilku w Sztokholmie. Kompozycja Living Torch I to jeszcze jeden hołd złożony natywnemu instrumentowi, jakim operuje Malone, czyli rzeczonym organom. Sęk w tym, że przecież owy instrument na całym albumie nie pojawia się ani razu, jednak jego echa pobrzmiewają ewidentnie. Część pierwsza jest ucieleśnieniem przeszłości, która przetworzona została według nowego, a zatem elektrycznego, przepisu. Koi, a jej dronowa podstawa wprowadza w swoisty trans.

Część druga to jakby odwrotność, piekielne oblicze perfekcyjnie zaplanowanej części pierwszej. Zła siostra pochodząca z przysłowiowej „strony B” bardziej niepokoi aniżeli miałaby kogokolwiek koić. Living Torch II przepełniona najeżającymi się sprzężeniami, tłumi oraz przyporządkowuje nowe miejsce i znaczenie organom, które do tej pory w twórczości Malone tworzyły podstawę. Napowietrzone frazy, jakie przemierzają przez całe Living Torch obecnie są jednymi z wielu elementów całego pejzażu dźwiękowego. Elektryfikacja amerykańskiej artysce wychodzi nader wybitnie.

Kali nie przebiera w środkach, dobierając wszelkiej maści instrumenty dotąd nieużywane, komplikując sobie przy tym cały proces nagrywania, przeciągając i przecinając taśmy, mimo to całość pozostaje nadal eksperymentalnym kolażem, złożoną impresją niezbyt skomplikowanych fraz, wywołujących bardzo jednoznaczne uczucia. Właśnie te same frazy mają za zadanie „uzewnętrzniać uczucia”, przeprowadzić ze skrajności w skrajność, czasem też zwieść, wprowadzić w niepewność aby postawić pytanie, co jest przyjemnością, a co nią nie jest?

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *