Autorski niecodziennik muzyczny

A my się nadal nigdzie nie spieszymy

W imię przywoływanej ostatnio przeze mnie złotej zasady – szczególnie pielęgnowanej przez synów i córki shoegazingu – twierdzącej że wszelki pośpiech okazuje się być daremnym, wpisuje się także fenomen amerykańskiej grupy Duster. Chociaż panowie na swoje buty patrzą się zdecydowanie rzadziej niż brytyjscy koledzy i koleżanki z Loop czy My Bloody Valentine, to im też jakoś wybitnie się nie spieszy, jeśli chodzi o wydawanie nowej muzyki. Trio plądrujące brzmienia z pogranicza slow core powróciło po blisko 20 latach rozłąki w roku 2019 na albumie zatytułowanym po prostu Duster, który przepełniony jest częściej głośnymi i nieznośnymi sprzężeniami niźli wolniejszymi motywami w duchu space rocka. Na najnowszym Together znalazło się miejsce na to i na to. Łączy on w sobie drapieżność i głośną rytmikę poprzedniczki z nieznanym i jednocześnie stale powracającym do przeszłości.
Numero Group · 2022

Minęły co prawda jedynie trzy lata od premiery albumu rozprawiającego się z trwającej ponad dwie dekady nieobecności Duster na scenie alternatywnej. W 2020 roku zdołali wydać dużą komplilację Black Moon pod szyldem ich drugiego, wspólnego projektu Valium Aggelein. Znalazły się na niej 16-śladowe ścieżki pochodzące jeszcze z końcówki lat 90., a zapewne pamiętające magnum opus zespołu w postaci albumu Stratosphere (1998). Właśnie w tym miejscu pojawiają się wspólne mianowniki. Trio w składzie Clay Parton, Canaan Amber oraz Jason Albertini kurczowo trzyma się tego, co utarło na samym początku swojej fonograficznej twórczości. Nie opuszcza slow core i kosmicznych inspiracji nawet na moment. Choć trzeba przyznać, że w przypadku Together uplastycznia i nagina ramy tego gatunku, zaopatrując się we wszędobylskie przestery i rozmaite gitarowo-organowe pasaże.

Ale to wszystko już było. Duster wyrasta przecież z muzyki stricte gitarowej, więc czemu obecność tych głośno pobrzękujących gitar miałaby jak kolwiek dziwić i zastanawiać? A jednak, i dziwi i zastanawia. Riffy są obecnie dużo bardziej wyeksponowane i to one zdają się melodyjnie napędzać poszczególne kompozycje (najlepszymi przykładami na to są Retrograde czy Familiar Fields). Nie mają one jedynie być – jak do tej pory – przyjemnym dodatkiem w tle do pozostałych i licznych warstw gitarowych kreślących utwory amerykańskiego trio. Mają być natomiast pionem wokół którego opowiadana jest historia. Mimo to nie brakuje momentów wypełnionych echami przeszłości. Tych mniej przewidywalnych, przeznaczonych do całkowitego zagubienia się, a więc takich za jakie uwielbia się Duster (Escalator). Together brzmi bardziej zaborczo i drapieżnie w porównaniu z pozostałymi trzema albumami. Przywiązuje większą wagę do części słownej, co czyni album bardziej autorskim i zaplanowanym. Być może utracił trochę na swojej niepowtarzalnej melancholii, ale najwidoczniej nie da się zjeść i mieć ciastka.

Duster nie tracą na animuszu, wręcz go zwiększają. Jak dla mnie hegemonia Stratosphere pozostaje niezagrożona, z drugiej strony koniec końców Together zdaje się jednoczyć i przekonywać tych nieprzekonanych wcześniej do twórczości formacji z San Jose w Kalifornii. Im się dalej nigdzie nie spieszy, ale wychodzą na tym korzystnie. Być może o to właśnie w tym chodzi.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.