Autorski niecodziennik muzyczny

Post sezonowy #4

Czwórka dla tej serii okazuje się być numerem ostatecznym. Stare ustępuje nowemu, w tym przypadku także i lepszemu. Jesień swoim przybyciem tych korzystniejszych zmian wręcz się domaga. Ja jej, a zatem i sobie, na to pozwolę. Let it be, czyli niech sobie będzie jak chce.

Siejąca lekkie spustoszenie na ulicach pandemia w jesiennych dniach roku 2020, dała początek serii „Sezonowej”. Było równie cicho co pusto. Przestało się wydawać nowe albumy, przestało koncertować, a więc przestało również i pisać. W zastępstwie, trochę „od bidy”, pojawiła się owa seria, która pomagała wówczas ukoić wszelkie nienasycenia związane z ogólnoświatowym przestojem i dniami niepewności. Od tego momentu jednak wiele się zmieniło. Zarówno dla mnie, jak i dla świata zewnętrznego. W międzyczasie znacznie urosło prywatne zapotrzebowanie na pisanie. Mija dokładnie rok odkąd postanowiłam wykupić domenę i przenieść parę przemyśleń i szkiców, pamiętających jeszcze czasy starego a więc i dobrego Tumblra, do formy obecnej, bardziej określonej. Wśród wyszczególnionych wpisów znalazło się miejsce również i dla „Postów sezonowych” – serii którą dzisiaj postanawiam raz jeszcze przypomnieć, po to aby finalnie móc ją zamknąć.

Ale jak to tak po prostu zamknąć? Niniejsza seria niosła w końcu pewnego rodzaju ukojenie. Tak samo trudno jest wyłamać spad jarzma schematu, co ten schemat wymyślić, opracować, i co najważniejsze, przestrzegać mimo wszystko i do bólu. Nosi to piętno przewidywalności, która z kolei zabija kreatywność i wszelką chęć tworzenia i wypowiadania się w przestrzeni publicznej o muzyce oraz formach z nią powiązanych. Człowiek piszący lubi jednak jakiegoś rodzaju przyzwyczajenia. Człowiek czytający za rutyną przepada z siłą co najmniej zdwojoną. W związku z tym postanowiłam jakoś załagodzić ten wewnętrzny konflikt, jaki zdołał się wywiązać, i pisać o tym, o czym aktualnie mam ochotę. Ot tak. Raz będzie to luźniejszy tekst o nowym, ulubionym zespole shoegazingowym, jakiego nie jestem w stanie przestać słuchać. Raz będę starała się zmierzyć z biografią danej legendy lub przeciwnie – nietuzinkowego, ale jednak zapomnianego artysty, któremu mniej się poszczęściło. Nie tylko samymi recenzjami człowiek żyje. Niech pewne nagranie koncertowe, znajdujące się pod niniejszym wpisem, będzie łącznikiem z kolejnymi paragrafami oraz całkiem bezpośrednią zapowiedzią tego, co ma nadejść w najbliższej przyszłości.

Jednak to całkiem bezpośrednie miejsce „Postów sezonowych” zajmą układane przeze mnie w serwisie Spotify playlisty, które zadebiutowały na stronie nie tak dawno temu. One także schematu będą starały się ustrzegać. I znowu – będą nowości, które po prostu trzeba zagrać i przesłuchać. Będą pasujące do aury i klimatu starowinki, oscylujące wokół obranego akurat tematu. Odtwarzacz do najnowszej playlisty, którą ułożyłam trochę z okazji tego postu, trochę też z uwagi na magiczne, właśnie wydarzające się babie lato, znajduje się po lewej stronie, tuż pod archiwum. Jeżeli ktoś zainteresowany by przespał, pełna lista playlist pozostanie dostępna pod tym linkiem.

Music For Nations · 2022

Seria ulubiła sobie jakoś wyjątkowo osobę Stevena Wilsona, który pracoholizmu w pandemii nic a nic się nie wyzbył. Przez dłuższą część izolacji współtworzył ze swoim kolegą, Timem Bownessem, podcast The Album Years, rozprawiający się z poszczególnymi latami i ulubionymi płytami wybieranymi przez obu artystów. Podcast w dobrej passie kontunuują po dzień dzisiejszy. Przed paroma miesiącami Steven zdążył zapowiedzieć także reaktywację Porcupine Tree, która ziściła się w czerwcu na albumie CLOSURE/CONTINUATION. Chociaż to najpewniej najmniej wyrównana i dopracowana płyta z dorobku angielskiej formacji, nie oznacza to, że nie powiewa na niej stary duch „Jeżozwierzowego drzewa” choćby w najmniejszym ułamku. Tym razem spotkali się i nagrali bez Colina Edwina, w zasadzie jedynie jako trio. Na CLOSURE/CONTINUATION brakuje przejrzystości i dawnej nośności materiału, do której Porcupine Tree przyzwyczaiło. W zamian dostajemy nieśmiałe momenty, przypominające o świetności zespołu, jaki przez wiele lat utrzymywał rock progresywny przy życiu. Niemniej, to tylko momenty.

„Życzy Vampire’s Wife!”

Wracam do rzeczy z rozdzielnika tych naprawdę ulubionych. Do takowych należy książka Ekstaza. Lata 90. Początek, którą pochłonęłam w przeciągu paru dni, celebrując każdy z jej 13 rozdziałów. Musiałam dosłownie powstrzymywać, dobierając odpowiednią chwilę do nadarzającej się okazji przeczytania paru stron niemal żywych wspomnień lat 90. Nikt z tak wysublimowanym obiektywizmem, bez cienia pretensji, i z ogólnie rzewnym i niepozowanym uczuciem do ostatniej dekady ubiegłego stulecia, nie opisuje skomplikowanej i często nielubianej Courtney Love, jak robi to Anna Gacek, która na tegorocznym OFF Festival wraz z Piotrem Jagielskim dała świetną pogadankę dotyczącą buntu w latach 90. Niestety dla mnie, autorka spieszyła się na pobliski, gliwicki koncert Nicka Cave’a, stąd nie udało się zamienić więcej niż raptem dwóch zdań. Chociaż z drugiej strony i już bardzo stety dla mnie, w moim egzemplarzu Ekstazy pojawił się widoczny powyżej wpis.

Istotnie, OFF Festival w końcu się wydarzył, a bilety zakupione niewiadomo już kiedy, szczęśliwie nie poszły na marne. Dla mnie katowicki festiwal miał w tym roku charakter dwudniowy, chociaż trzeci dzień w dużej mierze również został odhaczony – głównie ze względu na wspomniane spotkanie w Kawiarni literackiej i koncert angielskiej formacji Yard Act. Pierwszy dzień to był istny sprint i bieganina między poszczególnymi scenami. Otworzył go dla mnie wyjątkowo kameralny koncert Eriki de Casier. Z jej równie kameralną twórczością zaznajomiłam się bardziej z szacunku do przynależności artystki do labelu 4AD. Następnie przemknęłam na koncert nowojorskiego kwartetu DIIV, jaki przypomniał do czego tak naprawdę było tęskno. Tego wieczoru zaprezentował się również mój prywatnie ulubiony debiut roku 2021, czyli londyńska formacja Squid, nieznośna i niepokorna. Dała upust i sprostała wybuchanym wyobrażeniom, które legły w gruzach oraz narastających sprzężeniach, napędzanych przez niezwykle dynamiczny kwintet. Mam wrażenie, że ostatnim zespołem grającym tak głośno było Thee Oh Sees podczas edycji w 2017 roku. Z kolei wprawieni shoegazingowcy, Ride, którzy w Katowicach zaprezentowali się już po raz drugi, od pierwszych zagranych dźwięków mieli wyjątkowo utrudnioną sprawę. Zawiodło nagłośnienie. Odgrywana przez nich tego dnia płyta Nowhere w połowie wybrzmiała niepodobnie do siebie i nieinteresująco. Zdołali wszystko odczarować przy utworze Dreams Burn Down i powiedli do błyskotliwego, gitarowego finału. O miano najlepszego koncertu dnia Squid musi jednak powalczyć z kobiecą rewolucją w postaci amerykańskiego Bikini Kill. Energia, jaka wywiązała się i transportowała w powietrzu była niesamowita. Kathleen Hanna i koleżanki po mistrzowsku i naturalnie odegrały punkowe przedstawienie, które jak dla mnie, mogło trwać do samego świtu, a nudy raczej bym nie odczuła. Mistrz perkusji, Makaya McCraven i jego jazzujący skład na sam koniec idealnie wpasowali się w pierwsze, senne nastroje tego wieczoru. Taki w dużym skrócie był dzień pierwszy na OFF Festival.

Squid na OFF Festival 2022

Dzień drugi należał raczej do maratonów z wymagającym początkiem i spektakularnym zakończeniem. Jego ukoronowaniem był oczywiście występ legendy, Iggy’ego Popa, dla którego frekwencja z dnia pierwszego podwoiła się, ale sam początek dnia był ciężkostrawny i zwyczajnie w świecie nudnawy. Odpowiedzialna za to była polska formacja Gruzja, grająca ekshibicjonistyczną wersję black metalu. Pewnie o tym występie nie opowiadałabym, gdyż sonicznie za wyjątkiem wprowadzającej w trans metalowej łupanki niewiele się na nim wydarzyło, ale skandalizujące zachowanie wokalisty grupy nie chce dać się wymazać z pamięci. Nie każdy, kto stara się grać lub śpiewać rock and rolla, jest bożyszczem tłumów, Mickiem Jaggerem, autentycznym zwierzęciem scenicznym pokroju nomen omen Iggy’ego Popa, co niestety wydaje się być niezrozumiałe dla lidera Gruzji, najwidoczniej utożsamiającego się z tymi legendarnymi kolegami po fachu. Problem tylko w tym, że ani Jagger, ani Pop, nigdy nie ośmieliliby się na oczach setek – czy raczej w ich przypadku tysięcy widzów – pocałować do tej pory świetnie bawiącej się dziewczyny, którą wyraźnie skrępowała zaistniała sytuacja. Cofnęłam się na pięcie i z tego nieporozumienia przetransportowałam bliżej sceny głównej, trafiając, jak się okazało, na koncert wrocławskiego zespołu Oxford Drama, hołdującego lekki i przyjemny indie rock z wyczuwalną nutką przesterów. Bez wysokich lotów, ale miło było na duet popatrzeć i posłuchać, oraz przekonać się, że polski indie rock rozwija się i najpewniej dokądś zmierza. Kolejnym setem, na jaki w tym przypadku czekałam od chwili swojego ogłoszenia, był subsaharyjski blues rock Mdou Moctara. Afrique Victime zagrało równie dobrze co w wersji studyjnej – chociaż płyta ta należy do tych wyjątkowo niestudyjnych – pomimo chropowatego otwarcia związanego z… wadliwym nagłośnieniem. Koncert debiutującego w roku 2021 Dry Cleaning był przedostatnim tego dnia, na jaki zdecydowałam się wybrać. Muzyka kwartetu, choć z kobietą na jego czele, choć wpisująca się w tradycje post punkowe, do tej pory przy dłuższym poznaniu bywała zbyt jednolita i płaska. Na żywo te same utwory wybrzmiały soczyściej, bardziej trójwymiarowo i przestrzennie. Spowodowały, że był to definitywnie jeden z najlepszych wystąpień na tegorocznym OFF Festival, z którego żal było wychodzić.

Najlepsze przedstawienie licznie zgromadzonej publiczności sprezentował oczywiście on. Iggy Pop. Ten, za którego sprawą odbiór zamówionego w strefie gastro jedzenia sięgał niebotycznej godziny. Ten, na którego koncert – jeżeli chciało się być bezpośrednio pod sceną – trzeba było przyjść co najmniej godzinę wcześniej i swoje w powiększającym się tłumie odestać. Odestałam i ja. Chyba nie muszę pisać, że było warto. Każdy, kto uczestniczył w tym koncercie może to z całą pewnością potwierdzić. Iggy ze wspierającym go zespołem zaprezentował solidny i obrazowy przekrój przez większość swojej wieloletniej twórczości. The Stooges, Sister Midnight, James Bond. Wszystkie one wybrzmiały piorunująco. Charyzma i autentyczność artysty jest nieporównywalna i niepodrabialna. Wszystko dzieje się naprawdę. Nic nie jest na pokaz. Chociaż jemu samemu od paru ładnych lat doskwiera chore biodro, potrafi zaczarować i nieść tłumy, adorujące go i obserwujące każdy jego krok. Długo trzeba będzie poczekać na tak równy set goszczony na katowickim festiwalu.

Tego lata w końcu było zdecydowanie głośniej.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.