Autorski niecodziennik muzyczny

Nadzieja matką debiutów

Podsumowanie roku 2021
Mój prywatny ulubieniec roku 2021

Wstyd rozpoczynać jest nowy rok kalendarzowy, nie podsumowując w kilku słowach roku poprzedniego i najjaśniejszych momentów z nim związanych. O ile na początku 2021 roku być może wszystko wskazywało na to, że nadrobimy wszelkie pandemiczne zaległości poprzednika, to koniec końców tylko połowicznie okazało się być to prawdą. Rok 2020 odwlókł w czasie masę premier płytowych, które w różnych formach mogły ukazać się dopiero parę miesięcy później. W 2021 roku było znowu całkiem głośno. Najgłośniej jednak grały same płyty wydane w 2021 roku. Czy to w formie debiutów, wyczekiwanych powrotów czy duetów, których zabrakło rok wcześniej. Jedno jest pewne – nowych albumów było nadzwyczaj wiele. To, że podczas lekkiego, pandemicznego odmrożenia ukazało się wiele płyt być może nie dziwi zbyt bardzo. To, co zaskakuje najbardziej to ilość świetnych albumów, jakie ukazały się w 2021 roku.

Szczególnie głośnymi albumami okazały się być trzy angielskie zespoły debiutujące, którym udało się złamać panujący schemat i zaczarować zastany rynek muzyczny tak szybko, że już zdążyły one zostać headlinerami niektórych z zapowiedzianych festiwali. Zespołami tymi były: artrockowe Dry Cleaning (New Long Leg, 4AD, kwiecień 2021), post punkowe Squid (Bright Green Field, Warp, maj 2021) oraz wpisująca się w filozofię The Velvet Underground formacja Black Country, New Road (For the First Time, Ninja Tune, luty 2021). Ci ostatni zostali nominowani do nagrody Mercury Prize 2021, będącej brytyjskim odpowiednikiem nagród Grammy.

W mocno okrojonej formie przebiegł natomiast wakacyjny sezon festiwalowy. Sezon połowicznie głośny i finalnie raczej rozczarowywujący, lub po prostu taki, którego chciałoby się jedynie puścić w niepamięć. Panujące obostrzenia i kontrola szczepionkowa nie pozwoliły, aby większość dużych festiwali i koncertów mogła się odbyć w pierwotnej formie, w co naiwnie wierzyliśmy do końca, zachowując zakupione nie-wiadomo-kiedy bilety i karnety.

Z drugiej strony, poprzedni już rok, mocno rozczarowywujący pod względem imprez wszelakich, pozwolił jednak rozbudzić nowe nadzieje. Bo przecież gorzej już być nie może. Jak bardzo wydaje się być to złudne, dowiemy się za następne dwanaście miesięcy. Tymczasem kolejni artyści niezrażeni faktem, iż naukowcy donoszą o nowo odkrytych mutacjach wirusa, zarażają ostatnimi ogłoszeniami koncertowymi i wielkimi powrotami. Wśród nich: oczekiwani od dłuższego czasu The Cure, Dead Can Dance, Nick Cave & The Bad Seeds, powracający po latach Porcupine Tree, Tool, Robert Plant z Alison Krauss, Spiritualized czy St. Vincent i Aldous Harding.

Ten rok mimo wszystko należał do punku. I pewnie do paru innych gatunków. Czasy monopolu muzycznego już przecież dawno za nami. Ale jednak. Punk. To on zadziwił najbardziej, nie tylko ilością wydawanych płyt wpisanych w ramy tego gatunku, ale przede wszystkim samą jakością. Gatunek, który do tej pory kojarzył się raczej z muzycznym chaosem i buntem klasy średniej, nabrał szlachetnej patyny czy to w wersji brytyjskiej czy amerykańskiej. Daleko mu do wyczynów Sex Pistols czy zimnofalowego Joy Division, którzy po instrumenty dopiero sięgnęli w chwili założenia zespołu. Nie byli oni przecież teoretycznymi znawcami muzyki, a zwykłymi słuchaczami. Z kolei za dzisiejszymi zespołami wpisującymi się w nurt punk/post punk (np. black midi, Parquet Courts, TV Priest, Viagra Boys, shame czy przywoływani Squid i Black Country, New Road), stoją latami szlifujący warsztat muzycy, których jakoś ten punk połączył.

Przetrzymany był to rok. Mimo to niepewność karmiła artystów, którzy zatrzymani na różnych stopniach swoich karier, musieli przełożyć swoje plany i marzenia. Bardzo dobrze wyszła na tym amerykańska artystka i kompozytorka Spellling, której stale odwlekające się sesje nagraniowe do płyty The Turning Wheel, pozwoliły na dopracowanie poszczególnych kompozycji. Dzisiaj trzeci w dorobku artystki album wydaje się być tym, który zaważy na jej dalszych losach. Duety i inne większe spotkania miały się również bardzo dobrze. Przeczekały czasy posuchy, spotkały się i nagrały. W końcu nie przestraszyły się i wydały wspólnie. Zaliczają się do nich: Bill Callahan i Bonnie „Prince” Billy z szeregiem gości (Blind Date Party; Drag City), Xiu Xiu i 15 zaproszonych w 15 utworach (OH NO; Polyvinyl), duet Damon & Naomi z japońskim gitarzystą Michio Kuriharą (A Sky Record; 20-20-20), Nick Cave i Warren Ellis wspólnie wydający podwójnie (CARNAGE; Goliath Enterprises Limited oraz soundtrack La Panthère Des Neiges; INVADA), czy Kim Gordon i J Mascis, którzy nie tak dawno temu wypuścili dwa single pod skrzydłami Sub Popu.

Niewątpliwa zapaść publicznych mediów w naszym kraju czy przeciągająca się w nieskończoność izolacja w 2021 roku bezpośrednio przyczyniły się do popularności podcastów i form z nimi związanych. Prym zdecydowanie wiedli, albo raczej wiodły kobiety, z byłymi dziennikarkami radiowej Trójki, Agnieszką Szydłowską (PS GRA, Tygodnik, Godzina Czasu, 8 kobiet, współtworzona Era Wodnika) i Anną Gacek (Sweet 00’s, Rzeczy ulubione), na czele. Ta druga we wrześniu zadebiutowała także jako pisarka, wydając pierwszą z planowej trylogii książkę Ekstaza. Lata 90. Początek. Na kolejną cząstkę magii ostatniej takiej dekady w postaci drugiej części dziennikarskiego cyklu Anny Gacek będziemy musieli poczekać jeszcze przez ponad rok.

Jeśli rok 2021 był płodnym o podcasty i nowo wydawane płyty, dla kina światowego pozostawał on zdecydowanie mniej łaskawym. Reżyserowie, na co dzień kojarzeni bardziej z filmem fabularnym, zanurzyli się w biografiach muzyków, dokumentując je w mniej lub bardziej artystycznej manierze. Doczekaliśmy się świetnych dokumentów muzycznych w postaci The Velvet Underground (reż. Todd Haynes) kalejdoskopowo ukazującego historię The Velvet Underground, The Sparks Brothers (reż. Edgar Wright) skupiającego się wokół twórczości enigmatycznych braci Sparks, czy gigantycznej komplilacji The Beatles: Get Back (reż. Peter Jackson).

Rok 2021 stał debiutami i drugimi wydanymi płytami. Podobne odczucia miewałam względem 2019 roku. Po dwóch latach, i jak się wydawało globalnym kryzysie rynku artystycznego, młode zespoły nie spuszczały z tonu. Znaczy to tyle co, że nie ma się co martwić, że muzyka nadal jest potrzebna, i rychło bądź nie, ale spodziewajmy się jej powrotu także w wersji na żywo. Nadzieja mimo wszystko.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.