Rok z arcydziełem

W powyższym przypadku jesteśmy blisko ideału, jeśli nie po prostu ideału, bo czymże byłby rok w muzyce bez arcydzieła? Gdzie kierowałby się świat muzyczny, gdyby nie miał wyznaczników i tzw. wzorów do naśladowania? Nie boję się używać tych śmiałych słów – nie sądzę żeby to wydawnictwo mogło kiedykolwiek trącić myszką, kiedy mamy styczność z genialnie wyprodukowanymi pomysłami.

Do tej recenzji chciałabym jednak podejść w sposób zupełnie neutralny – to znaczy mniej więcej: spojrzeć na tę płytę tak, jakbym wcześniej miała zerową styczność z zespołem Swans. Łabędzie zawsze dawali radę, i ci co ich wcześniej znali świetnie o tym wiedzą. The Glowing Man naprawdę lśni i już nie mogę doczekać się jego usłyszenia i zobaczenia na OFFie w Katowicach.

Liryczny trans potęgowany jest już od pierwszych dźwięków – płyta rozpoczyna się od dwóch przysadzistych suit, Cloud of Forgetting oraz Cloud of Unknowning, które uzupełniają się i trwają łącznie i nierozerwalnie ponad 37 minut. Mroczna magia elektronicznych riffów, wprowadzających w całkowite odrętwienie moje drobne ciało, stabilizuje się w pełnym precyzji The World Looks Red/The World Looks Black. Utwór, który moim zdaniem pozostaje najdoskonalszym na całej płycie.

Zdumienie rośnie, kiedy dochodzę do wniosku, że The Glowing Man jest niczym innym, jeśli nie złudzeniem znajdowania precyzji we wszechogarniającym chaosie i szumie muzyki. Chociaż przesłuchane przeze mnie już wiele razy, nie sięgnęło dna poznania, a coraz to nowe smaczki wyłaniają się spod oparów swansowskiej, elektronicznej przemocy i bombardują prostotą, która w muzyce współczesnej jest już na pozycji straconej. Występuje głównie jako relikt. Nie należy również zapominać, że album to nie lada gratka pod względem jego długości – trzeba poświęcić bite dwie godziny żeby The Glowing Man miał szansę zabłysnąć od deski do deski.

Płyta nie ukrywając, jest w stanie zadusić normalnego odbiorcę muzyki, ale czym byłby świat bez szaleńców? Dla tych zwykłych słuchaczy przez małe „s” znad przeciwka wybiegają trzy filigranowe kompozycje, które przeplatają rozwlekłe suity. Są nimi: People Like Us, When Will I Return? i błogie Finally, Peace. Dalej liryczny trans prowadzi do gwałcących wszystkie zmysły utworów Frankie M i tytułowego The Glowing Man i nie daje spokoju aż do ostatniej sekundy.

Dla niektórych krytyków ta płyta jest zapewne jedynie zbieraniną szumu i niepotrzebnych, dziwacznych i bełkotliwych słów. Ja jednak nie jestem w stanie wypunktować choćby jednej negatywnej myśli na temat The Glowing Man. Ze smutkiem muszę dodać, że ten album ma być już ostatnią płytą amerykańskiej grupy. Cóż ma poradzić spragniony słuchacz po tych wszystkich latach i 14 albumach studyjnych. Jednak dzięki wyższości, jest Michael Gira i są Swansi, nawet jeśli faktycznie miałaby to być ich ostatnia płyta. Follow the Sleeper Man!

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.