Autorski niecodziennik muzyczny

Trzy kobiety

Do nich należy przyszłość i teraźniejszość – nie tylko te muzyczne. Bohaterkami są trzy kobiety, o których nie tak dawno było dosyć głośno. Oddalone od siebie muzycznie i geograficznie, ale zbliżone w swoich nadziejach i wspomnieniach.

Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że współczesna muzyka tworzona przez kobiety i budowana na kamieniu węgielnym przeszłości, detronizuje pierwiastek męski w muzyce. Tym właśnie kobietom nie brak jest inspiracji i pełnego pasji zacięcia do tworzenia niezapomnianych melodii.

Na temat wszystkich trzech bohaterek i ich najnowszych wydawnictwach przeczytałam wiele recenzji nacechowanych pozytywnie bądź negatywnie. Wszystkie one punktowały artystki pod względem pomysłowości i wytyczania nowych horyzontów. Sama przypomnę po dwóch latach, jak obecnie, muzycznie radzą sobie Solange i Spellling, które wychwalałam pod niebiosa przy okazji recenzji płyt A Seat at the Table i Pantheon of Me. Trzecią artystką będzie niesamowita Anna von Hausswolff, której muzycznemu znaczeniu bliżej jest w stronę zespołu Swans, Einstürzende Neubauten czy Dead Can Dance, niż w stronę afroamerykańskich brzmień.

Columbia · 2019

Solange – When I Get Home

Co mogę napisać o Solange, skoro wszystko zostało już napisane i przemaglowane pod sklepieniem umysłów wielkich recenzentów. Solange sprytnie wydająca płytę 1 marca tego roku, nie oddaliła się w zupełności od stałych porównywań do jej własnej siostry.

When I Get Home była skromnie zapowiadana na wszelakich stronach społecznościowych za sprawą zmiany wizerunku Solange – na nieco bardziej zadziorną, jednak skupioną wokół estetyki, do której przyzwyczaiła słuchaczy już na A Seat at the Table. Porównując dwie okładki, zauważamy subtelną różnicę w sposobie, jakim wsprost z okładki patrzy artystka – ujęcie z jakiego został zrobiony portret Solange, pozostaje praktycznie takie samo. Pewność siebie i muzyczne doświadczenie zauważymy w błysku oka. Od dziewczęcej wersji siebie z kolorowymi spinkami we włosach na okładce z 2016 roku, na When I Get Home bardziej futurystycznie przemknęła w stronę czarnych brzmień jej rodzimego, amerykańskiego południa.

Oprócz zmiany wizerunku na bardziej zadziorny na okładce pojawiła się także naklejka Parental Advisory. Nie brak natomiast jest anielskich chórków, funkujących sampli i niosących do tańca fraz wokalno-słownych. Dziewiętnaście, miejscami nazbyt trywialnych, nieco banalnych kompozycji, wstrzeliło się w luki muzyki komercyjnej, jakie wydaje się, że pozostawiła po sobie Beyoncé. Niezbyt długie kompozycje oparte na sennym motywie zlewają się płynnie w jedną masę, która może okazać się zbyt ciężkawa do przyswojenia przy pierwszym, pełnym podejściu.

Płyta słuchana w całej długości wynoszącej 39 minut zaczyna przytłaczać już w połowie. Żaden z utworów nie wychodzi na plan pierwszy, każdy korzysta z tej samej funkującej romantyki. Album odwołuje się do obszernej stylistyki muzycznej. Nie brakuje tutaj wspominek soulu, funku, jazzu czy pierwotnego hip-hopu. Prostota i ograniczenie w instrumentarium When I Get Home nieco gryzie się z wdziękiem głosu i nastroju Knowles.

Sacred Bones · 2019

Spellling – Mazy Fly

Do następnej płyty podchodziłam nieco sceptycznie od samego początku. Po usłyszeniu Hard to Please, czyli utworu promującego nowy album Spellling, wpadłam w rozwieszoną przede mną pajęczynę, w którą wpaść nie zamierzałam. Było tęskno do purpurowych aksamitów Pantheon of Me, które nieprzerwanie sobie przypominałam od czasu do czasu. Nie potrafiłam się z nimi rozstać, a kiedy Spellling po miesiącach oczekiwań wydała drugi w swoim dorobku album, zatytułowany Mazy Fly, pierwsze odczucia pozostawały nad wyraz stępione.

Miesiące tych wyczekiwań okazały się być złudne, kiedy w końcu mogłam rozkoszować się kompozycjami, autorstwa niesłychanie utalentowanej panny Cabral. Tym razem artystka zafundowała blisko czterdziestominutowy seans prosto z kotła czarownicy. Magia, poszerzanie muzycznych horyzontów to niejedyne sztuczki zastosowane przez Spellling na Mazy Fly. Nieubłaganie blisko, Tia Cabral, tym wydawnictwem zbliżyła się koncepcyjnie do postaci Kate Bush i jej niezapomnianego Hounds of Love. Na albumie wydanym pod koniec lutego znalazło się 12 kompozycji, które pociągnęły za kompletnie nieznane przez słuchacza nitki synth popu czy minimal synthu, utrudniając odpowiednie skatalogowanie muzyki, proponowanej przez artystkę z Oakland.

Spellling na Mazy Fly zaanektowała część współczesnego art popu wyłącznie dla siebie. Po zbytnio bushowo-brzmiącym Hard to Please czy Haunted Water, natrafiamy na nie lada przyjemnostki w postaci utworów Golden Numbers, Under the Sun, Hard to Please (Reprise) i Afterlife.

Eklektyczna teksturalnie Mazy Fly raczy błahymi dźwiękami wspomnianych utworów, zamieniając je w nieperfekcyjną i odrealnioną całość. Pannie Cabral nie zależy na osiągnięciu muzycznej doskonałości. W licznych wywiadach poskreślała, że nic co tworzy, nigdy nie stanie się perfekcyjne, idealne. Całość brzmi jakbyśmy znaleźli się w cyrku po spożyciu odważnej porcji psychodelików. To odważne spostrzeżenie ciągnie nas do muzyki zespołów takich, jak Massive Attack czy Suicide, których wpływy są wyraźnie wyczuwalne na Mazy Fly. Oniryzm na tym albumie wykluwa się w 12 odrębnych postaciach i 12 odrębnych głosach artystki, która koszmarny sen dziecka oplotła w magiczny całun.

City Slang · 2018

Anna von Hausswolff – Dead Magic

Anna von Hausswolff, którą przetrzymałam na sam koniec, nie powinna być traktowana wybiórczo przez ograniczoną liczbę słuchaczy. Jej muzyka bowiem ma charakter ponadczasowy, co dowiodła w 2018 roku, wydając album Dead Magic. Płyta ta zdążyła już wpisać się w pewien kanon, który wywodzi się z muzyki alternatywnej. Jej muzyce niedaleko do brzmienia Swans, Einstürzende Neubauten, Dead Can Dance, Siouxsie Sioux czy nawet progresywnych Yes.

W takim właśnie kotle czarnej magii rozpływałam się miesiącami i pewnie będę rozpływać nadal, w którym szwedzka artystka skupia wszelkie wspaniałości muzyki popularniejszej ostatnich 40 lat. Anna von Hausswolff uderza pozaziemskim folkiem opartym na kanwie muzyki industrialnej, a miażdży grą na organach. Na Dead Magic wykorzystane w nagraniach zostały organy z kopenhaskiego kościoła Marmor Kirken, które dodają płycie nie mniej mroku, co głęboki głos von Hausswolff.

Anna w sześciu mniej lub bardziej rozbudowanych utworach: The Truth, The Glow, The Fall, The Mysterious Vanishing of Electra, Ugly and Vengeful, The Marble Eye oraz Källans Återuppståndelse utrzymuje się w gotyckiej pozie na rzecz prostych, mało rozbudowanych kompozycyjnie fraz, które finalnie utrzymują słuchacza w ezoterycznym kagańcu.

Dead Magic zaczyna się dramatycznie, głośno i transowo, co przełamywane jest pełnym pasji głosie von Hausswolff. Druga część płyty skupia się na lekko shoegazingowych pobrzękiwaniach oraz finalnie izoluje.

W.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.